ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE
29 marca, 2024
KTO ZOSTANIE WÓJTEM ŻABIEJ WOLI?
18 kwietnia, 2024

LEGENDY ROCKA ZAGRAŁY W KRAKOWIE- RELACJA RADIA BOGORIA

W sobotni wieczór w największej hali koncertowej w Polsce, czyli krakowskiej Tauron Arenie blisko 20 tyś fanów ciężkich brzmień miało swoje święto. Na koncert Judas Priest, Saxon i Uriah Heep, zjechali miłośnicy rocka z całego kraju, nie bacząc na fakt, że jeśli chodzi o nasze spore, narodowe przywiązanie do tradycji, termin dla niektórych nie był do końca najszczęśliwszy. Wszak „Wielka Sobota, to nie czas na heavy metal”, usłyszeli pewnie niektórzy w swoich domach i musieli odwiesić swoje skóry na kołku! Kto jednak wybrał się tego dnia do południowej Stolicy Polski, ten nie pożałował. Nie mogło zabraknąć tam również przedstawicieli naszej redakcji. Piękna pogoda, a na krakowskiej starówce, prócz masy turystów z Wysp Brytyjskich, dostrzegalna była także pokaźna grupa ludzi w czarnych koszulkach Judas Priest i Saxon! Wiadomo więc było, że coś ważnego w Krakowie ma się wydarzyć…

Uriah Heep

Punktualnie o 18.45 na scenie pojawili się hardrockowi weterani z Uriah Heep. Weterani, tylko jeśli oglądaliśmy ich z bliska, bo z daleka można by było się pomylić. Wielka energia na scenie Berniego Shawa, wokalisty, który od 1989 dzierży mikrofon w zespole i potężne brzmienie, to znak rozpoznawczy Uriah Heep AD 2024! Niektórzy zastanawiali się nawet, że skoro pierwsza z już wiekowych legend tak zabrzmiała, to jak zabrzmi Judas Priest? Wracając jednak do twórców wspaniałego „Lady in Black”, to oczywiście skład zespołu podczas 50. letniej działalności zmieniał się znacznie. Na scenie z oryginalnej, pionierskiej ekipy był jedynie Mike Box, który od 1969 roku gra i śpiewa w Uriah Heep, nie przeszkadzało to jednak publice przyjąć brytyjczyków po królewsku. Zagrali 8 utworów, w tym dwa z ostatniej, wydanej w ubiegłym roku, płyty Chaos & Colors. Osobiście najbardziej czekałem na finał ich koncertu i dwie perły z repertuaru grupy, czyli Easy Livin i wspomniany wcześniej numer Lady in Black, który pięknie odśpiewała publiczność w Tauronie. Na koniec nie zabrakło oczywiście owacji, a Berni Shaw zapowiedział samodzielny powrót Uriah Heep do naszego kraju.

Saxon

Dało się odczuć, że specjalnie na ekipę Biffa Byforda przyjechało tego dnia do Krakowa wiele osób. To, że zespół jest w fenomenalnej formie, przekonał nas w ubiegłym roku w warszawskiej Progresji. Wtedy też mieliśmy okazję widzieć po raz ostatni na scenie gitarzystę Paula Quinna, który zrezygnował z gry w zespole z powodów zdrowotnych. W jego miejsce idealnie wpasował się znany z Diamond Head, Brian Tatler. Tak! Ten sam, który skomponował słynny Am I Evil?, a który na początku swojej kariery sprytnie do swojego repertuaru włączyła sama Metallica. Wracając do koncertu Saxon, to można powiedzieć, że nie było co zbierać. Zespół promuje wydany w tym roku doskonały album Hell, Fire and Damnation i to właśnie tytułowy utwór z tej płyty otworzył set koncertowy. Publika oszalała, a Biff Byford, prawdopodobnie podpisał pakt z diabłem, bo jak na 70. latka, głos ma potężny, a i prezencja sceniczna niczego sobie. Doskonały kontakt z publicznością, energia na scenie i potężne brzmienie, te cechy określają cały występ Saxon tego wieczoru. Nikt, kto przybył specjalnie na nich, nie mógł czuć się zawiedziony. W setliście nie zabrakło wspaniałych hymnów z przekroju działalności grupy. Zgodnie z tradycją Brytyjczycy dają fanom do wyboru utwory, które zagrają już za chwilę. W Krakowie publiczność z zaproponowanych: Crusader, Dallas 1PM, Strong Arm of the Law i Broken Heroes, wybrała ten pierwszy i ostatni. Z resztą właśnie Broken Heroes i wieńczący koncert Princes of the Night, były najpiękniejszymi moim zdaniem momentami ich koncertu. 12 hymnów Saxon minęło jak z bicza strzelił, wszak na dobrej zabawie czas szybko mija, a na scenie dłuższe przygotowania rozpoczęli techniczni Judas Priest…

Judas Priest

W Tauronie zrobiło się naprawdę gorąco. Na scenie już za chwilę miał pojawić się legendarny Judas Priest z Robem Halfordem, uważanym przez fanów ciężkich brzmień za „Boga Metalu”. Ponad 50 lat na scenie w służbie hevy metalu, niezliczona ilość wspaniałych albumów, sprzedanych w wielomilionowych nakładach i kolejna okazja zobaczyć ich na żywo? To po to właśnie fani z najdalszych krańców Polski tłukli się do Krakowa, często przez wiele godzin, narażając się na gromy w domu, bo: kto pokroi sałatkę? kto umyje okna?, a potem na nienawistne spojrzenia niektórych członków rodziny podczas niedzielnego śniadania. Wiadomo – dzień po!

Obecnie, kto chce sobie sprawdzić, co zespół mu zaserwuje podczas koncertu, może to zrobić bez problemu w internecie. Ten kto woli nutkę niepewności i dreszczyk mocji, czy zagrają ten właśnie ulubiony utwór, nie szuka setlist w sieci i zatyka uszy, gdy ci co je znają, chcą mu powiedzieć. Judas Priest trochę jednak ten swój koncertowy set zmieniają, więc każdy mógł spodziewać się małej niespodzianki.

Światła przygasły, z głośników popłynęło intro, w postaci sabbatowego War Pigs, potem intro trasy, już za chwilę kotara opada i poszli. Zaczęli od potężnego Panic Attack i już wiadomo było, że jeńców zespół nie weźmie! Dynamiczne otwarcie za pomocą jednego z singli z najnowszego, już 20. albumu grupy, tylko rozpaliło apetyt publiczności. Potem poleciało kolejno kilka klasyków z najlepszych lat grupy, bo kto nie zna: Rapid Fire, czy Breaking the Law, czyli hitów puszczanych chętnie do tej pory radiostacjach. Potem coś, czego fani pierwszych koncertów, podczas tej trasy nie widzieli, czyli utwór Ligthning Strike. Prawdziwy banger z poprzedniej płyty był znów wprowadzeniem do kilku kolejnych klasyków zespołu. Fantastyczne emocje, piekielnie ostre brzmienie i ponad 70. letni Rob Halford w świetnej formie. Wiadomo ruchy już nie te co 30 lat temu, ale głos wciąż piekielnie mocny. Oczywiście, można się przyczepić, że pomaga mu dość duży, słyszalny pogłos na wokalu, ale jak będziecie mieli 70 lat, to przypomnijcie sobie te narzekania i spróbujcie zaśpiewać Painkillera:)) To moim zdaniem jeden z najlepszych utworów w historii heavy metalu, trudny do zagrania i diabelnie trudny do zaśpiewania, szczególnie gdy ma się prawie trzy ćwiartki na karku! Rob dał radę, a piekielnie mocny Painkiller zakończył podstawową część koncertu. Bez ściemy, po małej chwili odpoczynku zespół wyszedł ponownie na scenę i zagrał trzy sztandarowe utwory: The Hellion/Electric Eye, Hell Bent for Leather, podczas którego Rob w chmurze dymu wyjechał na scenę na Harleyu oraz Living After Midnight, który definitywnie zakończył ten wspaniały występ. Kolejny raz hasło: The Priest is Back nabrało żywych kolorów!

To było prawdziwe święto fanów ciężkich brzmień. Gdy piszę te słowa, wciąż mam przed oczami pięknie oświetloną scenę i świetnie brzmiącą muzykę, wylewającą się z niej niczym gorąca lawa wulkaniczna. Kolejny dowód na to, że wiek nie gra roli. Można napisać, że wiekowi już muzycy przeżyli swoją młodość w iście rockandrollowym stylu. Ważne, że przeżyli i są w świetnej formie. Może trochę w myśl zasady “co na s nie zabije, to nas wzmocni”? Tymczasem przed nami kolejne ogromne wydarzenia muzyczne. W lipcu na Stadionie Narodowym dwukrotnie wystąpi Metallica,

https://www.facebook.com/events/1170563503582749/1171203783518721/?locale=pl_PL

oraz Scorpions, Europe i ktoś jeszcze.

https://www.facebook.com/events/995967448161217?locale=pl_PL

Śledźcie te wydarzenia.

Dziękujemy https://www.livenation.pl/ za współpracę i umożliwienie naszej redakcji udziału w tej imprezie.

Tomasz Sikorski